U progu drugiej połowy sezonu bokserskiej ekstraklasy zauważa się klubową biedę. W najważniejszych międzynarodowych imprezach ćwierćfinał był nie do przejścia dla biało-czerwonych. Odnotowaliśmy kuriozalne zagrywki w polskim, profesjonalnym pięściarstwie.
Niebawem na parkiety wrócą przedstawiciele sportów halowych. Jednymi z pierwszych będą bokserzy, którzy 25 bm. rozpoczną drugą, rewanżową rundę ekstraklasy. W gronie tym ujrzymy Zawiszę. Wojskowi po pierwszej turze rozgrywek z zaledwie dwoma zwycięstwami (na własnym ringu), zajmują ostatnią, dziesiątą lokatę w ligowej tabeli. Czy w rewanżowej rundzie stać Zawiszę na zmianę niekorzystnego miejsca?
To pytanie zastanawia nie tylko nas, ale również kibiców boksu. Wydaje się, że odpowiedzi na nie otrzymamy już po pierwszych meczach rewanżowej rundy. Naszym zdaniem bydgoszczanie nie są na straconej pozycji. W rewanżowej rundzie rywali podejmować będą pięciokrotnie oraz czterokrotnie gościć będą na obcym terenie. Już w pierwszym spotkaniu, 25 bm. – na własnym ringu – z Walką Zabrze powinni wyjść zwycięsko i tym samym wywalczyć komplet punktów (w Zabrzu, Zawisza nieznacznie przegrał 8:12). A wygrana ta da wiarę, że nie wszystko jest jeszcze stracone.
Money, money…
Jest tajemnicą poliszynela, że w Zawiszy się nie przelewa. W porównaniu z kilkoma drużynami ekstraklasy bydgoszczanie do zamożnych klubów nie należą. Choć na polskim sportowym rynku seniorskie zespoły (nie tylko pięściarskie) ciągle narzekają na brak finansowej stabilizacji, my wespół z sympatykami bydgoskiego pięściarstwa gorąco wierzymy, iż wierni sponsorzy (firmy budowlane), a także grono oddanych sekcji działaczy uczynią wszystko, aby Zawisza dotrwał do końca rozgrywek. Przede wszystkim zawodnicy w dobrym stylu muszą zakończyć ligowe boje, będąc równymi partnerami dla Walki Zabrze, PKB Poznań, Imexu Jastrzębie czy Gwardii Wrocław. Tego raz jeszcze wojskowym szczerze życzymy…
Wspomnieliśmy o pieniądzach. Nie tylko bydgoszczanie mają finansowe kłopoty. W ślad za klubem z ulicy Gdańskiej także stołeczni gwardziści coraz częściej pukają do drzwi darczyńców. Na niezamożnej liście są również pięściarze z Wrocławia, a co nas najbardziej zdziwiło, także z… Jaworzna.
Jeszcze do niedawna jeden z bogatszych klubów ekstraklasy Energetyk był u progu wycofania się z rozgrywek. Na szczęście jaworzanie przełamali kryzys, a kilkakrotnych mistrzów Polski wspomogła Spółdzielcza Kasa Oszczędnościowo – Kredytowa SKOK. Na jak długo? Tego nie wiemy. Jedno jest pewne, iż od nowego, ligowego sezonu pięściarze z Jaworzna będą nazywać się nie Energetyk, lecz – jak dawniej – Victoria.
Magiczna “ćwiartka”
Ligowe rozgrywki cieszą się zainteresowaniem publiczności, na spotkania – w pierwszej rundzie ekstraklasy – przychodziło średnio ponad 500 osób. W niewielkiej Łęcznej, Jaworznie, Białymstoku czy nawet Bydgoszczy na niektórych meczach frekwencja była o wiele większa, aniżeli przypuszczano. Dlaczego więc jest tak małe zaciekawienie ligą sponsorów?
Wydaje nam się, że problem ten ma inny wymiar. Wynika on z braku zadowalających rezultatów polskich pięściarzy na międzynarodowych arenach. Od wielu już lat nasz amatorski boks nie zalicza się do europejskiej (nie mówiąc światowej) czołówki. Jesteśmy na kontynencie tylko średniakami, a przebicie się na międzynarodowe salony stało się snem, pragnieniem i marzeniem polskich pięściarzy. Przykład ostatnich mistrzostw Europy seniorów w Perm, gdzie aż pięciu biało – czerwonych zakwalifikowało się do ćwierćfinałowej strefy i to wszystko na co było stać naszą reprezentację.
W młodzieżowych grupach jest podobnie. W zakończonych kilka dni temu mistrzostwach Europy kadetów czterech Polaków: Paweł Peczyński, Mariusz Jaszowski, Paweł Krogulewski i Artur Kogut awansowało do 1/4 finału. Najbliżej medalu był Paweł Peczyński, który w rywalizacji o miejsce na podium został wyeliminowany przez Rosjanina Alibeka Bachtiarowa. Przegrał nieznacznie, pokonany został jednym punktem (12:13). Na nic nie pomogą skargi działaczy PZB na sędziów, na to, że patrzyli łaskawszym okiem na Rosjanina. Że nasz reprezentant nie zasłużył na porażkę. Tymczasem wynik poszedł w świat.
Po raz kolejny biało – czerwoni nie przeskoczyli magicznej bariery ćwierćfinałów. Z kim więc pojechać ma trener Wiesław Rudkowski do dalekiej Hawany na MŚ. Szkoleniowiec kadry PZB bardzo sceptycznie podchodzi do tego wyjazdu, uważając iż udział polskich juniorów w stolicy Kuby może okazać się zupełnym fiaskiem.
Jedynym dobrym prognostykiem dla polskiego amatorskiego boksu należy uznać zakwalifikowanie wieloletniego wiceprezesa bokserskiej centrali Stefana Rogali do Komitetu Wykonawczego EABA (trzy głosy zabrakły, aby został wiceprezydentem), a także mi.n. bydgoszczanina Ryszarda Redo do Komisji Sędziowskiej. Może to coś pomoże w odbudowaniu prestiżu polskiego pięściarstwa. Dawniej w komisjach AIBA i EABA decydujący głos mieli Roman Lisowski, Jerzy Moskwa, Edward Łaukedrey, Bolesław Idziak. Wreszcie nadszedł czas na następców.
Przepychanie się łokciami
Na koniec o najmłodszym polskim dziecku jakim jest boks zawodowy. Nie ukrywamy, że dotychczas rodzi się w bólach. Przypomnijmy tym mniej zorientowanym. Aktualnie w naszym kraju działają dwa związki. Jest nim Związek Boksu Zawodowego, którym kieruje Andrzej Burzyński oraz druga organizacja to Związek Stowarzyszeń Boksu Zawodowego pod przewodnictwem Przemysława Kostro. Oba związki zamiast pójść tą samą drogą, niestety, co pewien czas rzucają sobie kłody pod nogi. Mówiąc wprost, nie sympatyzują ze sobą, a kij w mrowisko włożono podczas niedawnego, czerwcowego kongresu EBU, kiedy oskarżano się o działalność niezgodną z prawem.
EBU natomiast zainteresowana jest, żeby do swych szeregów przyjąć jeden z nich. Tymczasem ani Burzyński, ani Kostro nie chcą ustąpić. Nie patrzą na interes polskiego profesjonalnego boksu, lecz na własne korzyści. Jak się dowiedzieliśmy, nawet najbliżsi współpracownicy polskich grup zawodowych sami nie widzą o co w tym konflikcie chodzi. Możemy tylko domniemać, że chodzi o wpływy na polskim rynku i kryjące się za tym pieniądze.
Pocieszające jest to, że zawodowym mistrzem Europy wagi ciężkiej został Polak Przemysław Saleta. Pokonał w Dortmundzie pochodzącego z Albanii, utytułowanego na amatorskich ringach, obecnie broniącego barw Niemiec Luana Krasnigi. Kiedyś w udzielonym wywiadzie dla “Expressu” sukces ten wymarzył sobie animator polskiej profesjonalnej sceny Jerzy Kulej. Marzenia dwukrotnego mistrza olimpijskiego wagi lekkopółśredniej spełniły się w zupełności.
Autor artykułu: SŁAWOMIR CIARA